Jak to jest być skrybą? Dobrze? Niekoniecznie. Szczególnie, gdy trzeba opisać krwawe bitwy, dewastację świątyń, przerażające potwory i gniew boskich interwencji. Tego wszystkiego doświadczycie w planszówce rodem ze starożytnego Egiptu.

Recenzja | Kemet

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on email
Share on pinterest

by Johny, 20.02.2021

Jak to jest być skrybą? Dobrze? Niekoniecznie. Szczególnie, gdy trzeba opisać krwawe bitwy, dewastację świątyń, przerażające potwory i gniew boskich interwencji. Tego wszystkiego doświadczycie w planszówce rodem ze starożytnego Egiptu.

Recenzja | Kemet

by Johny, 20.02.2021
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on email
Share on pinterest

Kemet jest często wymieniany w internetach, razem z takimi hitami jak Blood Rage czy Inis, jako „must have” dla wszystkich miłośników area control i negatywnej interakcji. A już na pewno jako tytuł, w który warto zagrać – chociaż raz.

Przyznam szczerze, że przymierzałem się do Kemeta już od dłuższego czasu, ale nigdy nie miałem okazji w niego pograć. Na szczęście pojawił się pretekst. W 2020 roku przeprowadzona została kampania na kickstarterze mająca na celu wydanie nowej, odświeżonej wersji gry, z poprawionymi zasadami i przyciągającą wzrok szatą graficzną. Miałem więc sensowny powód, aby wreszcie zasiąść do tego klasyka i sprawdzić czy przetrwa test czasu oraz test ekipy Urabura Games. Tym bardziej, że Gawron zakupił egzemplarz gry za śmieszne pieniądze.

Jak wyszło?

Przekonajcie się sami. Zapraszam do lektury!

UWAGA! Ta recenzja Kemeta dotyczy wersji gry wydanej w 2012 roku – nie spodziewajcie się porównań do nowej edycji, na nią trzeba będzie jeszcze trochę poczekać 😉

Kemet - w jakim klimacie jest utrzymana gra?

kemet recenzja gra planszowa
„Potężni bogowie prowadzą armie do boju, demonstrując swą potęgę”

Świątynie wokół świętej rzeki Nil spływają krwią. Egipskie plemiona, za sprawą bogów, występują przeciwko sobie, doprowadzając do bratobójczej walki. Coraz częściej ścierają się w brutalnych potyczkach wokół miejsc kultu, podsycani gniewem „nieśmiertelnych”. Interwencje wszechmocnych bóstw oraz obecność potworów w armii może przeważyć szalę zwycięstwa na korzyść jednej ze stron. Czy dane Ci będzie pokonać przeciwników i zawładnąć całą krainą? Czy zmieciesz pozostałych bogów z tego świata? To się jeszcze okaże 😉

Sceneria Kemeta jest intrygująca, żeby nie powiedzieć „mistyczna”. Już sam projekt graficzny odpowiednio nastraja do zbliżającego się konfliktu. Ta gra wizualnie, pomimo że nie jest już pierwszej świeżości, świetnie oddaje egipskie klimaty. Patrząc na poszczególne jej składowe od razu wiemy z jakimi realiami przyjdzie nam się zmierzyć.

Widać i czuć zatem klimat w Kemecie. Na tyle wyraźnie, że siadając do stołu momentalnie wchodzę w wyznaczoną rolę. Mało tego, spontanicznie i czasem głupkowato inscenizuję współgraczom moje zagrania np. syczę jak wąż oblegając tym potworem miasto przeciwnika (pozdrowienia Krogul). Wykonywane akcje często przedstawiają się w mojej głowie, jako urywki pewnej historii, którą mogę wspominać po partii. Niezbyt bogatej i stosunkowo płytkiej historii, ale zawsze coś. Temat Kemeta nie jest więc tylko nieznaczącym tłem dla mechaniki, jest on integralnym elementem rozgrywki, z którego wypływają nasze działania i odczucia względem tej planszówki. Podobnie jest w przypadku ciężaru podejmowanych decyzji, ale o tym opowiem w dalszej części mojej recenzji Kemeta.

Kemet - na czym polega gra?

kemet recenzja planszówka
„Stan na czele armii swoich wyznawców„

W trakcie partii będziesz wyposażać swoje plemię w specjalne moce (engine building), korzystać ze wsparcia boskich interwencji, werbować potwory do armii, zajmować strategiczne pozycje na mapie i oczywiście toczyć epickie pojedynki na pustyni i w świątyniach. Wszystko w akompaniamencie nerwowego wyścigu, „krótkiej kołderki” oraz negatywnej interakcji, gorącej niczym południowe, egipskie słońce. Możesz nastawić się na emocjonujące starcie, wredne zagrania i całą masę kombinowania.

Informacje o grze

Czy wspominałem już, że Kemet doczeka się nowego wydania? W takim razie napiszę jeszcze, że nosi on tytuł Blood and Sand. Ma to być całkowicie świeża, ulepszona gra planszowa, z nowymi mechanikami, figurkami i bardziej współczesnym designem. No zobaczymy. Chociaż dla wielu graczy „stary Kemet” jest w zupełności wystarczający. Szczególnie gdy dołożymy do niego dodatek Ta-Seti, uzupełniający podstawowa rozgrywkę o kolejny kolor piramidy wraz z kafelkami mocy, fazę gry o nazwie świt, karty walki i boskich interwencji.

Tym, którzy wsparli nowe wydanie Kemeta na kickstarterze, przyjdzie jeszcze trochę poczekać. Dostawa planowana jest na sierpień 2021 roku – o ile nie dojdzie do żadnych opóźnień, które stają się już (niestety) pewnym standardem. Swoją drogą zbiórka Kemeta miała miejsce w tym samym roku co kampania nowej gry Erica Langa o nazwie Ankh: Gods of Egypt. Przypadek?

Kemet - co znajdziesz w pudełku?

kemet plansza 4

Na wstępie należy zaznaczyć, że od premiery Kemeta minęło dobre 8 lat! Wiele się w tym czasie zmieniło w obszarze projektowania gier planszowych. Powiedźmy sobie szczerze, zostaliśmy rozpieszczeni przez współczesne, wydawane z rozmachem tytuły. Kto nie wzdycha na widok oszałamiających figurek z gier CMON’a, czy świetnych, klimatycznych grafik widocznych w produkcjach Awaken Realms? Pewnie dlatego szata graficzna „starego” Kemeta budzi u niektórych osób mieszane uczucia.

Ale NIE u mnie!

Odrzucam na bok porównania do nowszych planszówek i patrzę z pragmatycznego punktu widzenia. To podejście sprawia, że postrzegam ten projekt jako spójny, tematyczny i czytelny. W dodatku uzupełniony porządnymi figurkami, które nie są przesadnie duże i mieszczą się w wyznaczonych na mapie obszarach. Do tego dołóżmy jeszcze pomysłowe wykorzystanie czterościennych kostek do gry, które służą jako piramidy różnych poziomów i otrzymujemy ciekawy wizualnie twór.

Ponadto stylistyka jest zachowana w jednej konwencji. Mamy klimatyczne ilustracje na kafelkach mocy oraz kartach walki. Wizerunki bogów na planszetkach stanowią dodatkowy smaczek. A ikonografia scala poszczególne elementy gry, łącząc ze sobą mechanizmy opisane w instrukcji – jest konsekwentna i intuicyjna. Nawet planszetki graczy, służące do wykonywania akcji, zostały zaprojektowane w egipskim stylu, z charakterystyczną piramidą na głównym planie. Mapa jest jaskrawa, z wyraźnie zaakcentowanymi obszarami; może z trochę wyblakłymi kolorami jak na dzisiejsze standardy, ale i tak prezentuje się moim zdaniem lepiej niż ta z Blood Rage’a. Grunt, że jest praktyczna.

To co budzi zastrzeżenia to nadmiar żetonów punktacji, w których czasem można się pogubić oraz tylko jedna karta pomocy na wszystkich graczy. No dobra, wspomnę jeszcze o cienkich planszetkach, które mogą się wygiąć jeśli będziecie nieostrożni (mnie się to jeszcze nigdy nie zdarzyło).

Kemet - jak się w to gra?

kemet plansza 1
Zasady gry przedstawię w trochę inny sposób, niż zazwyczaj. Zastosuję tutaj podział na wyraźnie widoczne etapy rozgrywki:

Faza, w której nabieramy rozpędu. Zgodnie z torem inicjatywy wykonujemy swoje akcje pojedynczo. Do wyboru w jednej pełnej rundzie mamy: ruch (x2), rekrutacja (1x), modlitwa (x2), budowa piramidy (1x), zakup kafelków mocy (x1 każdego koloru). Dostępnych do wykonania akcji mamy pięć (5). Od nas więc zależy z czego będziemy chcieli zrezygnować. Najczęściej jednak, na początku kupujemy dostępne kafelki mocy za punkty modlitwy, aby stworzyć tzw. „engine”. Do wyboru mamy 3 grupy, a w każdej z grup 4 poziomy specjalnych zdolności. Kafelki mocy korelują z piramidami na planszy. Aby móc nabyć np. moc niebieską z 3-go poziomu, trzeba mieć pod kontrolą niebieską piramidę rozbudowaną przynajmniej do 3-ciej kondygnacji. Nie musi się ona natomiast znajdować w naszym mieście startowym. Możemy przejąć piramidę przeciwnika  – kolejny świetny powód do ataku.

Następnie zajmujemy kluczowe miejsca na mapie z intencją zdobycia punktów. Przyda się do tego rekrutacja i przemieszczanie wojsk, włączając w to teleport do obelisków (wybrane obszary na planszy). Zasadniczo już na samym początku rozgrywki może dojść do przepychanki między graczami. Kemet nie ma zbyt długiego „pasa startowego”. Akcja zaczyna się stosunkowo szybko i na tym etapie nabiera dużej dynamiki. Nie jest też zależna od pozycji startowej na mapie, bowiem gracze mają identyczną odległość do siebie nawzajem.

Gdy tworzony silnik zaczyna pracować na właściwych obrotach, przystępujemy do ataków i rozprzestrzeniania się po mapie. Szukamy punktów za kontrolowanie świątyń, wypychamy przeciwnika ze strategicznych pozycji oraz inicjujemy starcia (najlepiej te zwycięskie). To moim zdaniem kluczowy etap rozgrywki, z którego wyłania się gracz prowadzący tzw. leader z żółtą koszulką. Pozostali będą starali się mu uprzykrzyć życie i ograniczyć jego dominację – co będzie znamienne w kolejnym etapie.

Najczęstszą akcją zagrywaną w „middle game” jest walka. Jak ona działa?

Każdy z graczy ma do dyspozycji 6 kart walki na ręce (nie różnią się one między graczami). Kupując określone kafelki mocy można nieco zmodyfikować swoją „talię” pod kątem karty ataku lub obrony. Każda ze wspomnianych kart posiada trzy wartości:

  • czerwona kropelka – wartość obrażeń – za każdą taką kropkę na karcie zabijamy jedną jednostkę przeciwnika w tej walce.
  • niebieska tarcza – wartość obrony – za każdą tarczę niwelujemy zadawane obrażenia w tej walce.
  • kosa – wartość siły armii – na jej podstawie wyłaniamy zwycięzcę starcia – otrzymuje on punkt zwycięstwa pod warunkiem, że zainicjował starcie i ma jeszcze jakieś jednostki na polu bitwy.

Opisane wyżej wartości występują na kartach w określonych przez twórców proporcjach. Przed każdą walką gracz wybiera dwie karty z ręki – jedną odrzuca, drugą zagrywa. Powtarza tą czynność dopóki nie zużyje wszystkich kart. Dopiero potem dobiera je z powrotem. Łatwo więc policzyć, że cały komplet wystarczy na 3 starcia. Dobrze jest  więc obserwować potyczki innych graczy, żeby wiedzieć jakich kart się pozbyli, a jakie zagrali w walce. Dodatkową zmienną podczas walki są karty boskich interwencji, które mogą przechylić szalę na jedną ze stron. Gracze zagrywają je w tajemnicy – ich liczba jest nieograniczona, ale decyzję o zagraniu muszą podjąć przed odkryciem kart walki. Po rozstrzygnięciu walki, trzeba jeszcze zdecydować czy pozostawić swoje jednostki na planszy czy przywołać je z powrotem do rezerwy (zyskujemy wtedy punkty modlitwy).

Moment, w którym na stole zostało niewiele kafelków mocy do nabycia, a przed graczami zaczynają piętrzyć się znaczniki z punktami, zwiastuje fazę końcową w Kemecie, która potrafi się niestety przeciągnąć. Zaczyna nasilać się zjawisko „bij leadera”, które wydziera zwycięski laur z ręki najlepszego do tej pory gracza. Ta „przepychanka” może trwać i trwać. Aby zakończyć Kemeta szybko, trzeba mieć naprawdę silną pozycję na planszy, co się rzadko zdarza, ponieważ ideą tej gry nie jest sukcesywne budowanie armii, a raczej dynamiczne, szybkie potyczki. Wycofanie armii, rekrutacja i ponowne uderzenie w przeciwnika. System przemieszczania jednostek po planszy sprawia, że nigdzie nie można czuć się bezpiecznie. Potwory dodają wartości do ruchu, a specjalne teleporty umożliwiają pojawienie się w dowolnym miejscu na mapie. W każdym razie etap końcowy charakteryzuje się wzmożoną kalkulacją, zmasowanym atakiem na leadera i wydzieraniem sobie z rąk zwycięstwa (raz za razem).

Naturalnie ten fragment recenzji Kemeta daje tylko ogólny pogląd na przebieg rozgrywki, nie wyczerpuje wszystkich zasad i szczegółów mechaniki. Więcej możecie przeczytać w krótkiej instrukcji tutaj lub znaleźć jeden z wielu filmików na necie.

Jak można wygrać w Kemeta?

kemet karty

Zdobywając 12 punktów wpływu!

Wbrew pozorom to nie takie proste zadanie. Nie dość, że będziesz musiał chytrze kombinować nad zdobywaniem tych punktów, to jeszcze uważać na ataki pozostałych rodów, które będą chciały Cie ich pozbawić. Za co będziesz zdobywać wpływy?

Tak skonstruowany system skupia nasza uwagę wokół realizacji zadań, o które musimy walczyć z innymi graczami. Wymusza tym samym negatywną interakcję i napędza do ścigania się z przeciwnikami.

Kemet - jakie są moje wrażenia z gry?

kemet elementy 2

Kemet wymaga.

Przede wszystkim uwagi i skupienia na poczynaniach innych graczy. Niezwykle ważne jest to co dzieje się aktualnie na planszy! W jakim kierunku przemieszczają się wojska przeciwnika? Jakie kafelki mocy udało mu się pozyskać? Przed kim będę wykonywał swoje akcje? Ile punktów modlitwy i jakie akcje do wykonania mają inni gracze? To są przykładowe pytania, z którymi trzeba się zmierzyć w każdej rundzie. Dzięki temu będziesz mógł elastycznie reagować; dostosować swoją strategię do zmieniającej się sytuacji, wykonując przemyślane, taktyczne posunięcia. Innymi słowy musisz mieć nieustannie rękę na pulsie. W Kemecie jeden fałszywy ruch może skutkować zdobyciem niemałej przewagi przez przeciwnika. Na szczęście drobne potknięcia można w miarę szybko nadrobić, a ogólna rozpierducha na planszy sprzyja szybkim i niespodziewanym powrotom do walki. 

Oczywiście ta forma rozgrywki wymaga wzmożonego wysiłku intelektualnego, który idzie w parze z emocjonalnym napięciem. Nie zdziw się, gdy adrenalina co jakiś czas da o sobie znać, a Twoje nerwy będą na granicy wytrzymałości, szczególnie w końcowym etapie rozgrywki. A i podczas samej partii natrafisz na sytuacje, które zagotują w Tobie krew, ponieważ negatywnej interakcji tutaj nie brakuje. Egipscy Bogowie są wyjątkowo zawzięci i Ty też musisz taki być, jeśli chcesz w ogóle pomarzyć o wygranej. W Kemecie nie ma miejsca na sentymenty. Należy stopniowo budować swoją siłę i uderzać w przeciwnika tak, żeby zabolało. Trzeba to jednak robić rozsądnie, aby nie dostać ukradkowego ciosu w plecy. Taki los!

Wspomniane wyżej cechy są dla mnie kwintesencją dobrze skrojonego area control, gdzie dynamika akcji idzie w parze z intensywnością móżdżenia. Kemet, mechanicznie, wręcz „namawia” graczy do podejmowania agresywnych działań, inicjowania tzw. negatywnej interakcji. W końcu punktujemy również (a może głównie) za wszczynanie i wygrywanie walk.

kemet karty 2

Trzeba nadmienić, że w tej grze wspomniany aspekt area control przeważa nad budowaniem silnika – jest najważniejszy z perspektywy dążenia do wygranej (dzięki niemu zdobywamy punkty). Niemniej nasza skuteczność w tym obszarze wynika z tego, jakie moce specjalne pozyskamy – w którym kierunku rozwiniemy swoją frakcję; jak dobrze zbudujemy silniczek, który pomoże nam pogrążyć przeciwników. A dróg jest bardzo wiele. W podstawowym wariancie (bez dodatku), do dyspozycji mamy trzy obszary rozwoju: walkę, obronę i ekonomię – rozumianą jako swoisty „booster” (dopalacz), który zacznie nas rozpędzać w środkowej fazie gry. Jest to o tyle ciekawe, że niemalże każda decyzja dotycząca wyboru mocy odróżnia nas od pozostałych graczy do końca partii. Determinuje tym samym charakter naszej frakcji, wyłącznie w oparciu o dokonane wybory podczas gry. Uwielbiam takie rozwiązania, ponieważ dają mi kontrolę. Nie ma zdawania się na ślepy traf czy rzut kością; ryzykowania, że gwiazdy akurat tego dnia będą sprzyjać. Nic z tych rzeczy. A jeśli już przy tym jesteśmy to…

kemet plansza 2

…w Kemecie cieszy mnie ograniczona do minimum losowość. Występuje zasadniczo tylko w przypadku doboru kart boskich interwencji. Tyle. Każde inne działanie podyktowane jest wyłącznie przez akcje/decyzje graczy – łącznie z kolejnością na torze inicjatywy. Grając mam poczucie, że jak coś schrzanię to winą mogę obarczać tylko siebie. A trzeba wiedzieć, że ta gra potrafi karać za błędy. Kilka przegranych walk z rzędu może Cię przyblokować w kolejnych rundach i dać sporą przewagę adwersarzom. Dlatego też warto rozsądnie kalkulować ilością punktów modlitwy.

Swoją drogą podoba mi się, że w Kemecie należy zwracać uwagę tylko na jeden rodzaj „waluty” – czyli wspomnianą modlitwę. I jest to nawet fabularnie usprawiedliwione. Im więcej modłów kierujemy w stronę swojego bóstwa tym więcej łask (mocy) na nas sprowadza i tym silniejszą armię możemy stworzyć, aby walczyć z wrogiem. Bowiem za punkty modlitwy nabywamy kafelki mocy, teleportujemy oddziały, zagrywamy karty interwencji, rekrutujemy potwory – jest więc kluczowa dla przebiegu całej rozgrywki. Dobrze jest stworzyć sobie odpowiedni system do zarządzania tym zasobem (pozyskiwanie, odzyskiwanie itp.).

Nie każdy „udźwignie” ciężar decyzyjny Kemeta. W niemalże każdej rundzie przyjdzie Ci się zmierzyć z trudnymi wyborami i mnogością opcji do wyboru. Nie powiedziałbym, że jest to piaskownica pokroju Scythe. Ma natomiast duże znaczenie to, jaką moc kupisz, przed kim wykonasz akcję ruchu, kiedy zrekrutujesz jednostki, czy jesteś na początku toru inicjatywy czy na końcu, jakie zamiary ma Twój sąsiad, gdzie rozmieścił swoją armię. Po prostu ogrom czynników do rozwagi.  Do tego dochodzi jeszcze niepewność pozycji na planszy podyktowana dużą mobilnością. Co to znaczy w przełożeniu na polski? Ano tyle, że przeciwnik może Cię „dojechać” praktycznie w każdym miejscu na mapie. Nigdzie nie czujesz się bezpiecznie, a w szczególności tam, gdzie toczy się walka o punkty, co dodatkowo podsyca już nerwową atmosferę rywalizacji.  Jedynym „safe heaven” jest Twoja baza, przez wzgląd na utrudniony mechanizm przekraczania murów. Ale nawet tam Twoi wrogowie mogą Cię dosięgnąć (Feniks). W trakcie partii zwracasz więc uwagę na wszystko i wszystkich – bez przerwy kalkulujesz, obmyślasz i czekasz na odpowiedni moment do ataku.

Kilka słów o asymetrii. Po prostu ubóstwiam sposób w jaki tworzy się tutaj różnorodność. Unikalne zdolności zdobywane w trakcie gry są ekskluzywne, niedostępne dla innych graczy. Widzisz realny rozwój swojej frakcji w wybranym przez Ciebie kierunku i starasz się wykorzystać przewagę na planszy albo zabezpieczasz się przed mocami innych frakcji. Fantastyczna sprawa, pod kątem „metagamingu”* – szczególnie dla zaawansowanych graczy.

* metagaming (planszówki) – w moim rozumieniu, wykorzystywanie wiedzy o graczach przy stole, dostępnych mechanizmach (zasadach) i opłacalnych taktykach/strategiach w grze w celu zdobycia przewagi, przyblokowania niektórych zagrań, mogących przynieść konsekwencje w późniejszym etapie rozgrywki.

Zdążyliście się już zorientować, że zacząłem od plusów, prawda? No to świetnie, teraz w mojej recenzji Kemeta przejdziemy do minusów – albo rzeczy, które niespecjalnie mnie urzekły.

kemet plansza 2

Co nie zagrało dla mnie w Kemecie?

Nie mam pewności czy po więcej niż kilku rozgrywkach Kemet nie zacznie mi się nudzić. Zastanawiam się co będzie, gdy poznam już wszystkie specjalne moce, ogram kilka ciekawych strategii i spróbuję wygrać na różne sposoby? Hmm…no właśnie.

Wtedy najpewniej zacznę wyciągać smaczki z tej planszówki, jak z Scytha (póki co najwięcej rozegranych partii na moim koncie) lub Brass’a. Zacznie się gra psychologiczna – bardziej na rozpracowanie przeciwnika, zajęcie kluczowych pozycji na starcie, przyblokowanie pewnych zagrań. Warto by wtedy grać z ludźmi o podobnym doświadczeniu planszówkowym i przede wszystkich ogranych z Kemetem. Jest więc jakiś sposób na wspomnianą „nudę”. Niemniej, pomyślałem że warto o tych moich wątpliwościach napisać 🙂

Skalowanie. Niby prosta sprawa – ograniczamy obszar rozgrywki i już! To co za rzeką nas nie dotyczy. Ale partia w mniejszym gronie już tak nie cieszy. Graliśmy w wariancie trzy i pięcioosobowym. Nie muszę chyba mówić, w której opcji bawiłem się lepiej (im więcej tym weselej). Nie chcę wyobrażać sobie rozgrywki we dwójkę – nie czuję takiej potrzeby. Ale nie to mnie „uwiera” najbardziej. Kemet generuje olbrzymią dawkę negatywnej interakcji, zachęca też do mściwych zagrań, które czasem potrafią przerodzić się w krwawe wendetty. Powstaje więc zasadnicza dysproporcja, gdy przy stole siedzi nieparzysta liczba graczy; szczególnie takich, którzy nie wybaczają zniewagi. Zgodnie z przysłowiem „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”, może zostać zaburzona równowaga podczas rozgrywki. Taka sytuacja miała miejsce podczas naszej pierwszej partii. Ja spędziłem niemalże cały czas na wykańczającej walce z Krogulem, gdy Gawron budował w tym czasie swoja przewagę. Na koniec zajął kluczowe pozycje na mapie i konkurował o wygraną. Szczęście w nieszczęściu, że angażowanie się w zwycięskie starcia zbliża nas również do zwycięstwa w Kemecie. Nie wiem czy to przemyślany mechanizm balansujący czy wypadek przy pracy, ale nawet długotrwała i męcząca potyczka z jakimś graczem może nam się paradoksalnie opłacić. Dlatego traktowałbym ten „przytyk” bardziej w kategorii cechy, a nie wady Kemeta – tak mają gry, w których dochodzi do brutalnej walki między graczami.

Natomiast mój największy i najbardziej realny zarzut do Kemeta to fakt, że wyraźnie widać kto wysuwa się na prowadzenie. Jest to czynnik, który sprowadza nas to do zjawiska „bij leadera”, a w określonych przypadkach również „king making”. Tak było w naszej testowej partii, kiedy po przeanalizowaniu wszystkich dostępnych opcji (downtime), swoją akcją mogłem zadecydować, czy wygra Gawron czy Krogul. Nie będzie się to zdarzało w każdej rozgrywce, ale im bliżej końca tym więcej matematyki dochodzi w Kemecie do głosu. Zaczyna się to odzierające z immersji liczenie. Ehh…no nie poradzisz. Wygraną zapewnisz sobie wyłącznie przez dobrze ugruntowaną pozycję na planszy, o co niezwykle trudno w Kemecie.

Moja ocena Kemeta

kemet plansza 3

Co mi się najbardziej podoba w grze Kemet?

Co mi się najmniej podoba w grze Kemet?

Podsumowanie i ocena Kemeta

kemet pudełko
0 /10
Ocena końcowa

Kemet łączy mechanizm kontroli obszaru z budowaniem silnika, silnie akcentując asymetrię między frakcjami i ograniczając losowość do minimum. Ci z was, którzy czytali moje wcześniejsze recenzje pewnie już wiedzą, że jest to moja ulubiona mieszanka w grach planszowych. Nie dziwi więc fakt, że plasuję ten tytuł wysoko w osobistym rankingu.

Co tu dużo mówić? Podoba mi się występująca tutaj dynamika, tematyczność, interakcja, unikalne moce frakcji i wiele innych, wspomnianych w mojej recenzji Kemeta aspektów. Nie sposób również odmówić tej grze swoistego uroku. Pod kątem designu jest to spójny i przemyślany tytuł, mimo że nie wpisuje się we współczesne, planszówkowe trendy.

Jednocześnie dostrzegam pewne niedociągnięcia (nie ma przecież gier idealnych). W Kemecie doskwiera mi najbardziej efekt „bij leadera”, który spowalnia rozgrywkę w jej końcowym etapie – pozbawia ją początkowej zadziorności. Gra „wypuszcza” nas wtedy ze swojego starożytnego uścisku, sprowadzając myślenie na bardziej przyziemne tory – kalkulacji na temat punktów zwycięstwa. To trochę rozczarowuje i wytrąca z rytmu.

Jednak przytoczone powyżej wady nie zaburzają istotnie całokształtu gry planszowej Kemet. Dalej uważam, że jest to tytuł, który pomimo wielu lat na karku może stawać spokojnie w szranki ze znacznie młodszymi konkurentami. Zapewnia wiele emocjonujących decyzji do podjęcia, ciekawych zagrań, intensywnych zmagań na planszy. To wyścig, w którym od samego początku przeciwnicy siedzą Ci na karku.

Komu spodoba się Kemet?

Styl myślenia w Kemecie można scharakteryzować jako połączenie strategicznego planowania z dynamicznymi, taktycznym zagrywkami oraz przemyślanym rozwojem frakcji. Spodoba się zatem zwolennikom zarówno negatywnej interakcji, jak i porządnego quasi-eurasowatego móżdżenia. Polecam go w szczególności fanom burzliwego area control, gdzie poziom adrenaliny w trakcie partii skacze w górę i w dół niczym wykres bitcoina.

Należy też pamiętać, że ta gra, w swoich założeniach, generuje agresję (na planszy), a więc nie spodoba się pokojowo nastawionym graczom. To tytuł dla osób, które nie będą chowały urazy po skończonej partii. Konserwatywni, zamknięci na nowe doznania zwolennicy eurasów powinni dwa razy przemyśleć sprawę zanim usiądą do stołu.

Biorąc pod uwagę dobrodziejstwo mechaniczne jakie oferuje Kemet, wydaje mi się, że powinien trafić na stół każdego miłośnika area control – przynajmniej raz. Bezapelacyjnie!

Zobacz profil gry na portalu BoardGameGeek.
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on email
Share on pinterest
Podobał Ci się wpis? Wystaw ocenę!
[Głosów: 3   Average: 5/5]
Facebook
Instagram
Reklama