Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę, a żeby zagrać w Gloomhaven, trzeba mieć dużo czasu. Przed Wami recenzja gry okupującej najwyższe miejsce w rankingu BGG. Co o niej myślę?

Recenzja | Gloomhaven

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on email
Share on pinterest
by Kakao, 16.05.2020
Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę, a żeby zagrać w Gloomhaven, trzeba mieć dużo czasu. Przed Wami recenzja gry okupującej najwyższe miejsce w rankingu BGG. Co o niej myślę?

Recenzja | Gloomhaven

by Kakao, 16.05.2020
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on email
Share on pinterest

Na jakie premiery 2019 roku czekałem najbardziej?

Z pewnością był to Brass: Birmingham, który okazał się być pięknie wydanym, eleganckim i zwartym euro. Uwiódł mnie już przy pierwszej partii. Niezmiernie cieszę się, że ta gra trafiła na moją półkę.

Jak zapewne się domyślasz, drugą długo wyczekiwaną przeze mnie grą, było Gloomhaven. A konkretnie jego pierwsze, polskie wydanie, przygotowane przez wydawnictwo Albi. Tak jak Brassa, Gloomhaven kupiłem w przedsprzedaży.

W końcu nadszedł ten wyczekiwany dzień. Na półce wylądowało pudło wielkości trzech normalnych gier. Co znalazłem w środku? Jak się w to gra? Czy opłacało się czekać? Warto było wydać te 5 stówek? Zapraszam na recenzję Gloomhaven. 

Mam nadzieję, że znajdziesz w niej odpowiedź na najważniejsze pytanie: Czy jest to gra dla Ciebie i czy warto ją kupić? Jeśli po tej lekturze nadal będziesz miał jakieś wątpliwości, nie wahaj się napisać o tym w komentarzu.

Gloomhaven - w jakim klimacie jest utrzymana gra?

recenzja gloomhaven planszówka

Gloomhaven utrzymane jest w stylistyce high fantasy. Podczas rozgrywki czujemy się trochę jak podczas sesji RPG. Słowo klucz – „trochę”. Bo tej planszówce bliżej jest do gry euro, niż do gier fabularnych. Poważnie. Zachodzą przez to nieporozumienia i rozczarowania.

No bo jak to tak? Na okładce rycerz z mieczem, w pudle księga ze scenariuszami, karty wydarzeń, karty postaci, a ja mam się bawić w optymalizowanie ruchów? W obliczanie ryzyka i zarządzanie ręką? Nie ma kostek? Ano, nie ma. Wielu rzeczy w ogóle tutaj nie ma, a których można się spodziewać po tego typu grze.

Gloomhaven NIE JEST wielką, epicką przygodą, skrytą w ogromniastym pudle. Jest czymś innym. Czym? Przybliżę wam to w tej recenzji.  

Gloomhaven - na czym polega gra?

Gracze wcielą się w bohaterów przemierzających różnorakie lochy i pieczary. Każdy z nich ma inny cel. Czasy są ciężkie, więc kilku poszukiwaczy przygód jednoczy się w drużynę i wyruszają w drogę. Przed nimi przygody, wyzwania i mocarni przeciwnicy. Największym zaskoczeniem będzie zaś… mechanika.

Informacje o grze

  • Gatunek: Przygodowa
  • Wydawca: Albi / Cephalofair Games
  • Autor: Issac Childres
  • Grafika: Alexandr Ellichev, Josh T. McDowell, Alvaro Nebot
  • Rok wydania: 2017 świat, 2019 Polska
  • Rodzaj: Strategiczna, Przygodowa (obie kategorie)
  • Czas gry: Pojedyncza partia 2-4 godziny, cała gra: ???
  • Liczba graczy: 1-4
  • Ograniczenie wiekowe: 12+
  • Losowość: średnia

Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć, że Gloomhaven to numer 1 na portalu Board Game Geek. Święty Graal planszówek w ocenie użytkowników. Prawie 15 000 wystawionych not 10/10 i ponad 7000 9/10. Średnia 8.9/10. Gra obsypana nagrodami Golden Geek. Drugi druk Gloomhaven zebrał na Kickstarterze bagatela 3,999,795$. To komercyjny i artystyczny sukces, godny pozazdroszczenia.

Gloomhaven - co znajdziesz w pudełku?

gloomhaven elementy 5
W pudełku znajdziesz WSZYSTKO. Dosłownie. Poniżej zamieszczam skróconą listę komponentów, która w żadnej mierze nie odda ogromu tej planszówki.
  • instrukcja
  • 95 scenariuszy
  • 17 grywalnych klas postaci
  • 18 szczegółowych plastikowych figurek
  • 1700+ kart
  • 47 różnorodnych wrogów
  • zmieniająca się wraz z rozgrywką mapa świata gry
Całość waży około 10kg! Gloomhaven to zatrzęsienie elementów, w którym łatwo się zagubić. Biada tym, którzy odpakują grę bez pomysłu na jej posortowanie i przechowywanie.

Gloomhaven - jak się w to gra?

gloomhaven plansza

Instrukcja do Gloomhaven to spore bydlę. Znajdziecie ją tutaj, w języku angielskim. Standardowo przybliżę Wam zasady, mniej więcej tak, jak zrobiłbym to przy stole. Pominę wszystko to, co dzieje się, kiedy drużyna jest w mieście, kampanię oraz rozwój postaci. Opiszę je pokrótce później.

No dobra, to jak Gloomhaven wygląda w akcji?

Każda z naszych postaci ma pulę kart, które może zagrać. Wszystkie bierzemy na rękę. Co turę, zagrywamy dwie karty. Każda z nich ma na sobie cyferkę, która stanowi o inicjatywie. Kiedy wszyscy wybiorą karty, odkrywamy je i ustalamy, w jakiej kolejności wykonamy akcje. To samo robią obecne w pomieszczeniu potwory.

Następnie, kiedy przyjdzie kolej konkretnego gracza, robi on tylko dwie rzeczy. Z jednej karty wybiera efekt z jej górnej części, z drugiej wykonuje to, co jest na dole. Każdą kartą domyślnie można poruszyć się lub zaatakować, ale najbardziej będą nas interesowały przedstawione na nich efekty specjalne.

Po zagraniu karty trafiają na stos kart odrzuconych (chyba, że treść karty stanowi inaczej). Z czasem ilość kart na ręce będzie malała. Co wtedy? Trzeba odpocząć. Krótki odpoczynek robimy między turami. Tasujemy wtedy stos kart odrzuconych i losujemy jedną, którą tracimy na zawsze. Długi odpoczynek deklarujemy w turze postaci. Nie zagrywamy wtedy kart z ręki, a nasza postać odzyskuje punkty życia. Nie tasujemy kart odrzuconych, tylko świadomie wybieramy tę, którą mamy utracić.

Swoje ruchy wykonują (w kolejności inicjatywy) również wrogowie. Rozpatrujemy wtedy efekty ich kart. Nie będę tutaj tłumaczył, w jaki sposób działa ich „sztuczna inteligencja”. W wielkim skrócie: dążą do konfrontacji z graczem, do którego mają najkrótszą drogę. Jeśli gracze są w tej samej odległości od potwora, skupia się on na tym, który ma niższą inicjatywę. Za wszelką cenę unikają pułapek (wchodzą na nie jedynie wtedy, kiedy nie mają innego wyjścia).

Jak można wygrać w Gloomhaven?

gloomhaven karty

Warunki wygranej i przegranej dyktują poszczególne scenariusze. Generalnie zależy nam na tym, by nasze postaci nie padły z wycieńczenia (brak dostępnych kart do zagrania) lub z powodu odniesionych ran.

Graliście kiedyś w komputerowego Icewind Dale lub Baldur’s Gate? No to już wiecie, o co chodzi. W miastach i na szlaku spotykają nas przygody. Gdy docieramy „do celu”, zazwyczaj dochodzi do walki. Robimy wszystko, byśmy z tej walki wyszli cało.

Gloomhaven - jakie są moje wrażenia z gry?

gloomhaven elementy 2

Opis moich prywatnych doświadczeń z grą zacznę od początku, czyli od… otwarcia pudełka. A raczej pudła, bo Gloomhaven waży prawie 10kg! Wyciśnięcie żetonów i posegregowanie ich trwało ponad 2 godziny. Ponieważ nie używam dedykowanego insertu, część elementów gry przechowuję w organizerach poza pudełkiem. Po prostu się do niego nie mieszczą. Zapomnijcie o woreczkach strunowych. Żeby nie było, że Kakao nie ostrzegał. Komponentów jest tutaj prawdziwe zatrzęsienie. Już po zdjęciu wieka wiedziałem, za co zapłaciłem. Jeszcze przed rozegraniem pierwszej partii.

Lektura instrukcji była przyjemnością. Poważnie. Gloomhaven ma niezwykle zrozumiałe i logiczne reguły. Czytając kolejne akapity wręcz domyślałem się tego, jak powinny funkcjonować poszczególne mechaniki. Są intuicyjne. Jest ich też dosyć sporo. Nie przypominam sobie jednak, bym jakoś szczególnie musiał się ich uczyć. Po pierwszych dwóch-trzech partiach wszystko wchodzi w krew i odbywa się samoistnie.

Podobnie wygląda proces tłumaczenia zasad nieszczęśnikom, którzy nie czytali instrukcji. Gloomhaven jest grą, którą tłumaczy się w kilka minut. Poważnie. Wprowadzenie współgraczy w sposób funkcjonowania tej planszówki, zajmuje parę chwil.

recenzja gloomhaven gra planszowa

Dużo gorzej wypada czas rozstawienia pojedynczego scenariusza. To pierwszy poważny zgrzyt. Odszukanie potrzebnych potworów, żetonów i kafli terenu potrafi napsuć krwi. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak to może wyglądać bez uprzedniego posortowania komponentów. Na tym etapie pojawia się kolejna wada Gloomhaven. Otóż gracz, który przygotowuje scenariusz, ma wiedzę o rozstawieniu wszystkich potworów, pułapek i skarbów.

Niby może po prostu przygotować kafle terenu i potrzebne elementy. Nie ma jednak takiej możliwości, by w ogóle nie zerknął na schemat, według którego wszystko ma być porozstawiane. Pozostałych osób to nie dotyczy, bo potwory i inne znaczniki wykładane są przed nimi dopiero w chwili wejścia do danego pomieszczenia. Gracz rozstawiający zyskuje tutaj nieuczciwą przewagę nad pozostałymi. W jakimś stopniu zostaje pozbawiony elementu zaskoczenia. Niektórym osobom może to przeszkadzać lub w skrajnych przypadkach nawet popsuć rozgrywkę.

Komponenty posegregowane, instrukcja przeczytana, gracze nauczeni, scenariusz gotowy. Jak to bydlę spisuje się w praktyce?

Najpierw wybieramy postać. Część jest dostępna od razu, inne odkryjemy wraz z rozwojem scenariusza. Zasmucę wszystkich, którzy liczyli na kolejny tytuł z wojownikiem, łowcą i magiem. Nie ma. Są za to na przykład Kark, Tkaczka Zaklęć czy Skałosercy. Nie znajdziemy tu oczywistych rozwiązań i funkcji. Stwierdzam brak elfów i krasnoludów. Są za to na przykład Inoksowie. Gloomhaven odchodzi od standardowej, sztampowej papki fantasy na rzecz unikalnego, autorskiego świata. Realiów które wydają się być znajome, ale są przy tym oryginalne.

Grę zaczynamy w rzeczonym Gloomhaven. Nasza drużyna składa się z bohaterów, którzy są razem raczej z konieczności i pragmatyzmu, niż ze względu na wzajemną sympatię. To kolejna kwestia, która może zaskakiwać, ale mechanicznie jest bardzo pomysłowo reprezentowana. Otóż każda z postaci ma swoją unikalną, dobieraną na samym początku kampanii, motywację. Dąży do sobie tylko wiadomego celu. Zrealizowanie go skutkuje odejściem postaci na emeryturę i dobraniem kolejnej. Mało tego. Wchodząc do poszczególnych lokacji, bohaterowie dostają też pomniejsze, indywidualne zadania. Jednym będzie zależało na siekaniu wrogów. Innym na popisaniu się brawurą lub odnalezieniu skarbu.

Często doprowadza to do sytuacji, w której gracz musi wybierać pomiędzy dobrem własnym, a drużyny. Zrealizowanie osobistego celu scenariusza znacznie przyspiesza rozwój postaci. Może się to nie spodobać osobom, które oczekują czystej, przygodowej kooperacji. Gloomhaven tak nie funkcjonuje, ale o tym jeszcze za chwilę. Na razie jesteśmy w mieście.

Tutaj robimy zakupy, zbroimy się, ulepszamy postać, możemy składać ofiarę na rzecz szpitala i świątyni, by otrzymać błogosławieństwo. Ciągniemy też odpowiednią kartę wydarzenia. Naszą drużynę spotyka wówczas jakaś poboczna, pomniejsza przygoda, a my podejmujemy pierwszy, wspólny wybór. Podobnie będzie, gdy wyruszymy na szlak. Również spotka nas jakieś mniej lub bardziej przyjemne zdarzenie, zanim dotrzemy do właściwego celu. Przy okazji napotykając największą kontrowersję w Gloomhaven.

gloomhaven elementy 4

Jesteśmy w lochu. Przed nami wyzwanie. Skarb do zdobycia, wrogowie do pokonania. Odczytujemy fabularny wstęp i zaczyna się jazda. Która będzie sporym szokiem dla ameri wyjadaczy, którzy zjedli zęby na zagrywaniu kart przedmiotów i rzucaniu kośćmi. Gloomhaven w tym miejscu okazuje się być… eurasem.

Każda z naszych postaci ma limit kart, które może zagrać. Pozwalają one na rzucanie zaklęć, przywoływanie potworów walczących po naszej stronie, ataki na pojedyncze jednostki lub grupy przeciwników oraz przemieszczanie się. Podczas rozgrywki mamy mnóstwo strategicznego i taktycznego planowania. Współpraca w drużynie jest nieodzowna. Gra bezlitośnie karze brawurę i lekkomyślność. Takie zachowania mogą sprowokować kolegów przy stole do ukarania swawolnego gracza.

Bohaterowie męczą się podczas wykonywania akcji. Rośnie stos kart odrzuconych. Ilekroć będziemy chcieli odzyskać je na rękę, musimy odpocząć. Podczas takiego odpoczynku jedną z kart tracimy na zawsze. Tak będzie za każdym razem, kiedy odpoczywamy. Podczas swojej tury zagrywamy dwie karty, zaczynając na przykład z dziesięcioma kartami na ręku. Już po pięciu ruchach permanentnie stracimy jedną kartę! Z jednej strony jest to ogranicznik czasowy. Z drugiej ma to uzasadnienie fabularne. Bohaterowie są po prostu coraz bardziej zmęczeni walką. Niektórych akcji nie są więc w stanie powtórzyć.

Żeby nie było zbyt łatwo, część z kart tracimy permanentnie od razu po ich zagraniu! Dotyczy to zwłaszcza bardzo mocnych akcji. Musimy więc z nimi odpowiednio poczekać i szacować swoje siły, by nasza postać nie padła z wyczerpania gdzieś w połowie lochu.

Taka mechanika ma nikłe szanse, by spodobać się miłośnikom Sword & Sorcery czy Descenta. Niejednokrotnie widziałem w internecie, jak Gloomhaven wymienia się obok tych gier. Niesłusznie. Otoczka może i jest podobna, ale założenia mechaniczne są odmienne. Stąd tak zróżnicowane opinie, oparte na oczekiwaniach względem gry. Chciałem przygodówkę, a dostałem coś, co tę przygodę ma co najwyżej w tle.

Większość czasu gry (jakieś 90%) w Gloomhaven spędzicie właśnie na ostrożnym zagrywaniu kart. Już podczas pierwszego scenariusza, ba – w pierwszym pomieszczeniu! – możecie dostać od gry tęgie wciry. Gracze przyzwyczajeni do beztroskiego deklarowania „to ja pójdę tam i zaatakuję” a potem rzucania kostką, zostaną tu oblani kubłem zimnej wody. Możesz nigdzie nie pójść, jeśli wcześniej utraciłeś potrzebną kartę. Bo ta gra w głębi duszy jest eurasem. Wymaga dokładnego planowania, liczenia i optymalizacji.

Dlatego właśnie Gloomhaven tak bardzo mi się podoba! Pod przykrywką high fantasy, bohaterów i kampanii, dostajemy potężną łamigłówkę. Karzącą za błędy, wymagającą myślenia, strategii i współpracy. To unikalny zbiór rozwiązań, które dostarczają jedynego w swoim rodzaju doświadczenia. Eksplorujemy lochy, to fakt. Jest fabuła, są wydarzenia i rozwój postaci. Ale to w zasadzie miły dodatek do kluczowej mechaniki zagrywania kart.

Skoro już jesteśmy przy fabule… Podczas obcowania z nią odczuwam nostalgię. Przypominają mi się: Świątynia Pierwotnego Zła, Baldur’s Gate, Icewind Dale i Neverwinter Nights. Jeśli mieliście do czynienia z którymś z tych tytułów, od razu poczujecie się jak u siebie w domu. Pozwolę sobie tutaj również zwrócić uwagę, że zasiadanie do Gloomhaven w celu doświadczenia turbo immersyjnej przygody, jest założeniem błędnym. Przygoda stanowi tutaj tło i przerywnik. Nie kupiłbym tej gry i nie chciał z nią obcować dla samej fabuły. To tylko dodatek.

Czy są tu rzeczy, które mi się nie podobają?

gloomhaven elementy 3

Oprócz niesmaku podczas przygotowywania scenariusza, najbardziej przeszkadza mi tutaj AI przeciwników. Sposób, w jaki funkcjonują nasi wrogowie jest zrozumiały. Przedstawiony czytelnie i logicznie, jak większość zasad Gloomhaven. Niestety, czasami na planszy zdarza się sytuacja, która może rodzić wątpliwości. Błędna interpretacja zasad może zaszkodzić lub pomóc graczom. Zarówno w jedną, jak i w drugą stronę, odziera to rozgrywkę z ostatecznej satysfakcji. Nie są to, na szczęście, zdarzenia nagminne.

Zawód mogą poczuć osoby, które spodziewają się mocnego zróżnicowania scenariuszy. Ponownie wrócę do przykładu z Icewind Dale czy Diablo. Otoczka fabularna się zmienia, ale gracze ciągle robią to samo. Idą i siekają to co przed nimi. Podobnie jest w Gloomhaven. Za każdym razem dostajemy inny rozkład pomieszczeń i nowych wrogów, ale doświadczenie jest podobne. Nasze postaci się rozwiną, część odejdzie, do drużyny dołączą wtedy nowe. Meritum gry pozostanie jednak bez zmian. Jak w Diablo – masz nowe umiejętności, ale podobne do poprzednich. Idziesz i bijesz.

Kolejnym mankamentem, a w zasadzie cechą Gloomhaven, jest długość kampanii. Nie mam pojęcia ile czasu zajmie mi poznanie wszystkiego, co jest w środku. Nie zamierzam grać w to na siłę. Być może nie ukończę Gloomhaven nigdy. Żeby do niego usiąść, muszę mieć na to minimum pół dnia wolnego czasu. Jak już mam ochotę w coś zagrać, nie zawsze będzie to właśnie Gloomhaven. W tym czasie mogę zdążyć rozegrać trzy inne gry. Dlaczego jest to wada? Bo po przerwie nie pamiętam już kontekstu fabularnego. Gdzie szliśmy, z kim, po co?

Ta monstrualna planszówka zachęca do regularnego grania na wszystkie możliwe sposoby (elementy legacy, rozwój postaci, wstawki fabularne). W moim przypadku, takowe jest niemożliwe. Będę zgłębiał więc świat Gloomhaven w swoim tempie. Wtedy, gdy najdzie mnie ochota.

Podsumujmy zatem: Glommhaven jako gra fabularna? NIE. Jako RPG na planszy, przygodówka? RÓWNIEŻ NIE. Gloomhaven jako euro z klimatem? TAK! Właśnie to dostajemy w tym gargantuicznym pudle. Fabularne tło i otoczkę fantasy, które są jedynie miłym dodatkiem do złożonej mechaniki o sporym ciężarze. Grę dla zaawansowanych graczy. Intuicyjną, ale dużą i złożoną. Unikalne i śmiałe, odważne rozwiązania. Nie każdemu przypadną one do gustu. Gloomhaven karze za popełnione błędy. Uczy konsekwencji i planowania, wymaga ostrożności i skupienia.

Czy tego spodziewacie się po grze przygodowej?

Moja ocena Gloomhaven

gloomhaven elementy 1

Moje wątpliwości budzą jedynie kafle terenu i kartonowe „figurki” potworów. Kafle mapy na łączeniach rozwarstwiają się i widać po nich zużycie, są podatne na wszelakie zarysowania. To samo tyczy się potworów. Ich wkładanie i wyjmowanie z podstawek zdecydowanie im nie służy.

Cała reszta to majstersztyk. Gloomhaven ma spójny, klimatyczny projekt graficzny. Bardzo podobają mi się wizerunki potworów i bohaterów. Figurki tych ostatnich są wykonane tak solidnie, że można nimi z powodzeniem rzucać. Nic się nie stanie. Ikonografia jest intuicyjna. Całość sprawia wrażenie produktu przemyślanego od podstaw. Estetycznego i stylowego. Obcowanie z komponentami Gloomhaven to przyjemność.

Zasady Gloomhaven tłumaczy się w mniej niż 10 minut. Część można graczom doprecyzować już podczas gry, kiedy napotkają jakieś zjawisko. Na przykład gdy wchodzą do pomieszczenia. Gdy wykładam nowe elementy, których nie było wcześniej w grze, tłumaczę ich funkcjonowanie.

Reguł jest dużo, ale są one bardzo logiczne. Ze względu na objętość instrukcji, Gloomhaven nie sprawdzi się wśród początkujących graczy. Cała reszta powinna to ogarnąć bez problemu. Pierwsze kilka partii pewnie zagracie z błędami, ale po dwóch, trzech posiedzeniach z grą powinniście pamiętać już o wszystkim.

Sama gra stanowi nieliche wyzwanie! NIE polecam Gloomhaven osobom, które liczą na sporą ilość klimatycznego tekstu, poruszanie się o pięć pól i rzucanie kostką. To zupełnie inna bajka. Tutaj gramy strategicznie i taktycznie, obliczając każdy ruch. Planujemy i ryzykujemy. Jak w grze euro! Część scenariuszy ukończyliśmy „na styk”, z jedną postacią na skraju wytrzymałości. Zagrywając ostatnią kartę, którą można było zagrać, zanim bohater padał z wycieńczenia.

To, że Gloomhaven generuje takie sytuacje, to wielki atut tego tytułu. Emocje sięgają wtedy zenitu, a frajda nie ma sobie równych.

Nie wiem, ile czasu zajmie mi ukończenie kampanii. Trudno więc ocenić mi regrywalność Gloomhaven jako całej gry. Mogę natomiast wypowiedzieć się na temat mojego obecnego stosunku do tego tytułu.

Przebieram nogami z myślą o kolejnej partii. Czekam na chwilę, kiedy gra pozwoli mi otworzyć następną kopertę z postacią. Nalepianie kolejnych lokacji na mapę jest satysfakcjonujące. Z radością obserwuję rozwój kampanii i poszczególnych postaci. Po kilkudziesięciu partiach jaram się Gloomhaven jeszcze bardziej, niż po pierwszej.

Każda rozgrywka, odkryty przedmiot, koperta, postać czy lokacja na mapie, są jak małe Boże Narodzenie. Czuję się jak dzieciak, który może rozpakować prezent-niespodziankę. Nie znam innej planszówki, która dostarczałaby takich wrażeń. Chcę do Gloomhaven wracać. Może ta chęć minie po trzydziestu, a może po pięćdziesięciu rozgrywkach. To nieistotne. Każda gra kiedyś się znudzi.

Gloomhaven robi jednak co może, by wyzwania były zróżnicowane. By partie różniły się między sobą. I różnią się. Tak, jak poszczególne lokacje w Icewind Dale czy Baldurs Gate. Jasne, ciągle idziemy i lejemy potwory. Jak w Diablo. To łojenie daje dużo frajdy i wciąga.

I o to chodzi. A że do tego wszystkiego mamy dodatkowo kampanię, rozwój postaci, elementy legacy, pomniejsze fabularne wstawki… tym lepiej!

Rozegranie dwóch scenariuszy w Gloomhaven, w dwie osoby, z przerwą na obiad, to zabawa na cały dzień. Jeden, z rozkładaniem i składaniem, to ok. 3-4 godzin, w zależności od stopnia skomplikowania. Dużo. Nawet bardzo dużo. Zwłaszcza, że charakter gry jest bardziej eurasowaty, niż przygodowy. Spędzamy ten czas na myśleniu i liczeniu.

Rozegranie całej kampanii trwa podobno rok, jeśli gramy w Gloomhaven raz w tygodniu. Wybaczcie, ale nie zamierzam grać w tę samą grę co tydzień. To masochizm i obrzydzanie sobie tematu na własne życzenie. W praktyce, może mi więc to zająć kilka lat. Kilka lat grania za parę stówek. Moim zdaniem warto.

To największy atut Gloomhaven. Obcowanie z grą skutecznie zaspokaja planszówkowy głód. Udany, widowiskowy atak na grupie potworów wzbudza entuzjazm. Rozgrywki są miodne – ale nie każdy to doceni. Rdzeń gry ma eurasowatą mechanikę, więc odbiją się od Gloomhaven ci, którzy szukają klasycznej przygodówki. Rzucania kostką i czytania tekstu. Tutaj trzeba, niestety, także myśleć. Optymalizować i kombinować. Dla mnie takie połączenie to strzał w dziesiątkę. Zwiedzanie lochów i odkrywanie fabuły jest miłym i obszernym dodatkiem do sprawnie działającej mechaniki.

Czas powiedzieć to głośno: Gloomhaven jest TANIĄ grą. Za 500zł dostajemy porażającą ilość komponentów, oryginalną mechanikę i SETKI godzin rozgrywek. Stosunek ceny do jakości jest fenomenalny. W moim przypadku (zakładając, że w ogóle Gloomhaven uda mi się ukończyć), będzie to kilka lat grania.

Co mi się najbardziej podoba w grze Gloomhaven?

  • mechanika! pomysłowe wdrożenie rozwiązań rodem z gry euro do dungeon crawlera
  • przejrzysta i zrozumiała ikonografia
  • logiczne i łatwe do przedłożenia innym graczom zasady
  • klimat
  • niebanalny świat przedstawiony
  • ogrom komponentów w pudełku
  • zróżnicowanie postaci, którym daleko do sztampowego fantasy
  • optymalna ilość tekstu
  • elementy legacy dają satysfakcję i sprawiają, że chcemy wracać do świata gry
  • rozgrywka budzi spore emocje, jednocześnie stanowiąc wyzwanie intelektualne
  • solidne figurki bohaterów
  • losowość dokładnie taka, jaka powinna być w tego typu planszówce
  • zróżnicowani wrogowie
  • gloomhaven świetnie działa w trybie solo!
  • indywidualne, pomniejsze cele dla każdego z graczy
  • więcej tu euro, niż przygody…

Co mi się najmniej podoba w grze Gloomhaven?

  • …z drugiej strony, tej przygody faktycznie mogłoby być ciut więcej
  • jakość kafli terenu oraz „figurek” potworów
  • czas gry w składzie większym, niż 2 osoby
  • sortowanie Gloomhaven bez insertu to koszmar
  • przygotowywanie scenariusza do rozegrania to udręka
  • przenoszenie pudła z Gloomhaven gdziekolwiek to męka
  • osoba która rozstawia lochy, ma wiedzę o ustawieniu wrogów i skarbów
  • zdarzają się kwestie sporne odnośnie zachowania potworów, popełnienie błędu w ich obsłudze rzutuje na ostatecznej satysfakcji z obcowania z Gloomhaven

Podsumowanie i ocena Gloomhaven

gloomhaven pudełko
0 /10
Ocena końcowa

Miałem ochotę wystawić Gloomhaven ocenę 10/10. To udany, unikalny i odważny projekt. Bez wątpienia zasługuje na docenienie. Byłaby to pierwsza wystawiona przeze mnie dycha grze kooperacyjnej. Dycha za spójność, za mechaniczną elegancję, za oryginalny świat. Adekwatny poziom trudności i postawione przed graczami wyzwanie. Gloomhaven to niebanalna planszówka, łącząca świat gier fabularnych i euro. Ze wskazaniem na te drugie, mimo wszystko.

Obniżam swoją ostateczną ocenę ze względu na drobne, aczkolwiek liczne mankamenty. Gloomhaven zostaje w mojej kolekcji, nawet, jeśli nigdy go nie ukończę. Naklejki poleciały od razu na planszę główną – na pamiątkę. To projekt wart wydanych na niego pieniędzy. Niech będzie nawet, że jest genialny. Nie znaczy to jednak, że jest idealny. Nie stał się moją ulubioną grą, o której obsesyjnie myślę i nie mogę doczekać się kolejnej partii. Głównie przez czas trwania rozgrywki, rozkładania i składania komponentów. Kampanię w Gloomhaven ciśniemy we dwoje. Kiedy już mamy czas na planszówki, nie zawsze będziemy chcieli wracać właśnie do tej.

Jak już jednak wrócimy, nie tylko odkryjemy nowe rzeczy i posuniemy kampanię do przodu. Doświadczymy emocjonujących zwycięstw i porażek. Mózgi zagotują się nam jak przy solidnym eurasie. Za popełnione błędy dostaniemy bolesne kary. Będziemy ryzykowali, dyskutowali i optymalizowali. Frajda z rozsmarowania trzech potworów na raz, ostatnim możliwym ruchem, warta jest tego całego rozstawiania.

Dla kogo jest Gloomhaven? To najtrudniejsze pytanie. Z pewnością dla zaawansowanych graczy. Miłośników klimatycznego euro. Ameritrashowcy i RPGowcy mogą się od tej gry odbić. Tak czy inaczej, spróbować warto. Osobiście przy Gloomhaven bawię się wyśmienicie. Ale moimi ulubionymi grami są Brass: Birmingham i Cywilizacja: Poprzez Wieki, a nie Nemesis.

Za cudowne zdjęcia do recenzji serdecznie dziękujemy MazuGry 😉 Obserwujcie ich profil na insta i zajrzyjcie na facebookowy fanpage. Naprawdę warto!

Mam nadzieję, że ta recenzja gry planszowej Gloomhaven okazała się dla Ciebie pomocna. Jeśli masz jakieś pytania to śmiało zadaj je w sekcji z komentarzami poniżej. Polub nasz fanpage, aby być na bieżąco z nowościami. Obserwuj nasz profil na insta, jeśli masz apetyt na ciekawe, planszówkowe fotki. Wspólnymi siłami będziemy skuteczniej rozpowszechniać naszą pasję do gier planszowych.

Dziękujemy za wsparcie 😉

Zobacz profil gry na portalu BoardGameGeek.
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on email
Share on pinterest
Podobał Ci się wpis? Wystaw ocenę!
[Głosów: 9   Average: 5/5]
Facebook
Instagram
Reklama