Pesymistyczna wizja końca świata. Bóg, który runął na Ziemię pod postacią Księżyca. Rozpaczliwa walka o przetrwanie i epickie, ostateczne starcie na śmierć i życie. Kto wyjdzie zwycięsko ze spektakularnej batalii?

Recenzja | Tsukuyumi

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on email
Share on pinterest
by Johny, 16.08.2020
Pesymistyczna wizja końca świata. Bóg, który runął na Ziemię pod postacią Księżyca. Rozpaczliwa walka o przetrwanie i epickie, ostateczne starcie na śmierć i życie. Kto wyjdzie zwycięsko ze spektakularnej batalii?

Recenzja | Tsukuyumi

by Johny, 16.08.2020
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on email
Share on pinterest

Znacie powiedzenie, że nie ocenia się książki po okładce? Na pewno tak. Tylko co zrobić, gdy okładka wygląda jak milion złotych? Proste! Sprawdzić zawartość. Dokładnie tak postanowiliśmy zrobić w przypadku gry planszowej Tsukuyumi, która zauroczyła nas swoją wizualną otoczką i niezwykle absorbującym tematem.

Wydawnictwo What the Frog przyszło z pomocą. Udostępniło nam do testów prototyp gry, żebyśmy mogli pokazać Wam co kryje się za fasadą klimatycznych ilustracji oraz intrygującej historii o upadku Księżyca. Tak, abyście nie musieli kierować się wyłącznie walorami estetycznymi podczas decydowania czy ta gra będzie dla Was dobra.

Odpowiedzi na powyższe pytania i wiele więcej znajdziecie w mojej szczegółowej recenzji gry planszowej Tsukuyumi. Uprzedzam, że będzie długo, dokładnie i KONKRETNIE. Przygotujcie sobie coś do picia i zapraszam do czytania 🙂

Tsukuyumi - w jakim klimacie jest utrzymana gra?

recenzja gra planszowa tsukuyumi
„Nic nie jest takie jak wcześniej.”

Motyw tej planszówki jest co najmniej osobliwy. Bo jak logicznie wyjaśnić fakt, że na Ziemię spadł Księżyc, z uwięzionym w środku bogiem Tsukuyumi?

Hmm…No choćby tak…

Po wybiciu wszystkich pomniejszych Kami na Ziemi, ludzie postanowili zgładzić ostatnie (według nich) zagrożenie. Przygotowali wyprawę kosmiczną przeciwko uwięzionemu we wnętrzu Księżyca smokowi Tsukuyumi. Wylądowali na powierzchni. Wydrążyli tunel do wnętrza i namierzyli cielsko gada. Wystarczyło tylko wbić włócznię w odpowiednie miejsce i po kłopocie. Mhm…Taa, od razu 🙂

Oczywiście, misja nie poszła tak jakby chcieli, a rozwścieczony i zraniony Tsukuyumi runął w kierunku Ziemi. Postanowił uwolnić się ze swej skorupy i odzyskać dawną moc. Wyszło bardzo efektownie . Nie dość, że zmasakrował pół planety, to jeszcze wybił praktycznie całą ludzkość. Na jego nieszczęście, nie zdołał oswobodzić się z księżycowej powłoki. Leży osłabiony w błotnistym dnie oceanu, groźny, krwawiący i spragniony zemsty…

Od momentu gdy spadł, zaczęły się dziać na Ziemi dziwne rzeczy. Robactwo zmutowało do niewyobrażalnych rozmiarów, ogromne dziki założyły miasta, cybersamuraje wyszli z podziemia, przerażające maszyny bojowe uzbroiły się w bombę atomową, a ludzie jak to ludzie – podłożyli miny.

Tak to się wszystko zaczęło.

Jeśli potrzebujesz więcej informacji o tle fabularnym Tsukuyumi to zajrzyj na stronę polskiego wydawcy.

Tsukuyumi - na czym polega gra?

tsukuyumi grafiki
„Świat się zmienił, a wraz z nim żywe istoty, które teraz walczą o przetrwanie…”

Gra planszowa Tsukuyumi bazuje na pesymistycznej wizji świata, gdzie różne grupy istot stają do ostatniej, rozstrzygającej bitwy z pozaziemskim bytem. Rzucają do boju wszystkie swoje atuty i siły. Stawką jest przetrwanie. Nie ma miejsca na odwrót czy choćby chwilę zawahania. Smoka trzeba zgładzić, a wszystkich którzy staną na drodze, czeka eliminacja. Rozpoczyna się epicka batalia o Księżyc.

Jakie frakcje mamy do dyspozycji w grze?

Nomads

Pozostałości rasy ludzkiej, egzystujące w opłakanych warunkach. Rozbitkowie z lotniskowca USS Nomad, którzy podejmują desperacką próbę odbudowy ludzkości. Mają dostęp do broni, min, oraz tanie i niezwykle mobilne jednostki. Bardzo ruchliwa frakcja, która prowadzi walkę partyzancką. Doskakuje, zadaje obrażenia i ucieka. Trudno jest za nimi nadążyć. Jednak nawet przy tak dużej zwinności są wrażliwi na celne i mocne ataki przeciwników.

Dark Seed

Zmutowane robactwo, którego wszędzie jest pełno. Rój powstał w pobliżu Smoka. Karmiony jego mocą, rósł jak na drożdżach z Czarnobyla. Tsukuyumi chciał wykorzystać Dark Seed do eksterminacji resztek ludzkości. Nie przewidział jednej ważnej kwestii – Królowej, która zdominowała Rój i zwróciła go przeciwko swojemu stwórcy. To najbardziej ruchliwa frakcja w grze, z największą liczba jednostek. Może namnażać się bez liku, w wielu różnych miejscach na planszy. Nie należy natomiast do najsilniejszych. Co z tego, że jednostek ma od groma, skoro są do ściągnięcia na jednego, mocniejszego plaskacza 🙂 Trzeba ich „tylko” złapać.

Cyber Samurai

Potomkowie tych, którzy sprowadzili na Ziemie zagładę. Obecnie kolektywny umysł kontrolowany przez sztuczną inteligencję i jej algorytmy. Staje do walki ze Smokiem Tsukuyumi wyposażony w cybernetyczne zbroje oraz nowoczesne technologie. Gra samurajami polega na umiejętnym wybieraniu kart rozwoju i efektywnym korzystaniu z ich mocy. Trzeba wiedzieć gdzie postawić Kanedę, kiedy użyć Tetsuo, a kiedy odpalić Akirę (brzmi znajomo? NO jasne, że tak!).

Boarloards

Hmm…dzik na dwóch łapach z maczetą w ręku. Tak w skrócie! To połowicznie rozwinięte wieprzki, pretendujące do bycia czymś więcej niż tylko świnią (?). Ich tarcze zrobione są ze znaków drogowych, zbroje ze starej opony, a odzienie jest ewidentnie wybrakowane. Ważny jest fakt, że potrafili zgromadzić się w społeczność, której przywódcą jest Matka. Grupę, której bronią za wszelką cenę. Na planszy potrafią się nieźle zbunkrować. Kopią tunele, robią blokady, stawiają twierdze i schronienia. Spróbuj się przedrzeć!

Kampfgruppe 03

Pogromcy smoków w olbrzymich i lśniących maszynach bojowych. Mają nieliczną armię, ale za to bardzo silną i wytrzymałą. Do tego arsenał rakiet, wyrzutni oraz głowicę nuklearną. W trakcie gry muszą ostrożnie zajmować pozycję. Przedzierać się w kierunku wroga i chlastać tam, gdzie gromadzi się najwięcej jednostek przeciwnika. Muszą uważać na tyły, ponieważ nie są zbyt mobilni. Jest ich mało. Bardzo mało! Ale jak już pierdykną…

ONI

Słudzy Tsukuyumi. Ludzie przeobrażeni w potwory za sprawą jego mocy. Stworzeni po to, aby wybić resztki ludzkości, a także by chronić swojego Pana. Taka prywatna, smocza armia. W grze występują jako niezależna, „neutralna” frakcja, która sterować będą gracze. Celem ONI jest podbijanie terenów i utradnianie dostępu do Smoka. Stanowią także bufor bezpieczeństwa, który balansuje grę. Za ich pomocą można ograniczać wpływy innych graczy na planszy.

Informacje o grze

Gra planszowa Tsukuyumi została wydana na Kickstarterze – jak większość współczesnych, poważnych tytułów. Swoją drogą, też macie wrażenie, że stało się to pewnym standardem na rynku gier planszowych?

Pierwsza edycja gry Tsukuyumi ujrzała światło dzienne w 2018 roku. Obecnie szykuje nam się druga wersja tej planszówki i tym razem również w polskim wydaniu, o które zatroszczy się wydawnictwo What The Frog Games. Możliwe, że znacie ich debiutancką grę Elekt. Pisaliśmy o niej na blogu.

Z kuluarowych informacji wiemy, że nie będzie to wyłącznie tłumaczenie, ale prawdziwie polskie wydanie gry. Wśród „smaczków” znajdzie się m.in wersja dwuosobowa, autorski dodatek, ekskluzywne karty i wiele innych niespodzianek, o których dowiecie się już na jesieni tego roku. Właśnie wtedy rusza kampania crowdfundingowa, w której „Żabki” powalczą o wsparcie projektu.

Tsukuyumi - co znajdziesz w pudełku?

tsukuyumi plansza 1

Ogrom!

Elementów, kart, żetonów, kafelków, planszetek i standów z jednostkami…

Zamurowało mnie, gdy pierwszy raz otworzyłem pudełko z prototypową wersją gry od What the Frog. Pomyślałem wtedy, że ta planszówka to monstrum. Nie pomyliłem się.

Kafelki terenu są bardzo słusznych rozmiarów. Standy są solidne. Planszetki czytelne i klimatyczne. Karty dobrze leżą w dłoni. Ilustracje z instrukcji, jednostek i plansz nieustannie przyciągają wzrok. A kiedy to wszystko razem wyląduje na stole, tworzy dziwny dla oka galimatias, który potęguje atmosferę epickiej, chaotycznej bijatyki. Stos tych wszystkich elementów doskonale obrazuje naturę planszówki. Zapowiada rozwałkę największego kalibru.

W sumie to mi się to nawet podoba 🙂 Chociaż zazwyczaj wolę jak gra jest bardziej subtelna w swoim przekazie. Tutaj mamy dużo, mamy grubo, mamy epicko! Bo tak ma być i już. Ostatnio byłem tak onieśmielony rozmachem planszówki, gdy rozpakowaliśmy z Gawronem Nemesis.

Zawartość Tsukuyumi ledwo mieści się w dużym, niestandardowym pudełku. Więc jeśli myślisz, że masz wielki stół do grania, który przyjmie wszystko, to w przypadku tego tytułu możesz być w błędzie. Ja się ze swoim przeliczyłem. Daliśmy radę, ale brakowało zwyczajowego miejsca na piwko i przekąski 😉

Tsukuyumi - jak się w to gra?

tsukuyumi plansza 2

O Panie!

Gdybym chciał opisywać zdolności wszystkich frakcji, drobne niuanse i wyjątki od reguł, to brakłoby mi miejsca na pozostałą część tej recenzji. Na szczęście Tsukuyumi posiada proste i szybkie do wytłumaczenia zasady ogólne, do których poszczególne frakcje dokładają później swoje specjalne umiejętności i efekty. W praktyce naginają one standardowe reguły gry niczym Neo w Matrixie 🙂

Jak zatem to wszystko wygląda i działa?

Zacznijmy od tego, że plansza, na której będziemy toczyć batalie jest modularna. Składa się z różnego rodzaju terenów, reprezentowanych przez heksagonalne kafelki. Ułożenie heksów odbywa się zawsze w sposób losowy, w dowolnym kierunku od księżyca, który stanowi centralne pole rozgrywki. Możemy też skorzystać z gotowych scenariuszy. Wtedy kształt planszy będziemy odwzorowywali z instrukcji, uwzględniając jego specjalnej zasady (jeśli scenariusz takowe posiada).

Gdy mamy już przygotowaną planszę, należy przejść do wyboru frakcji, ustawienia baz, terenów startowych i jednostek. To jest też moment, w którym poznajemy efekty specjalne naszej grupy. Uczymy się jednostek, zdobywamy wiedzę dotyczącą specjalnych efektów itd. Miejsce na planszy, z którego zaczniemy ma olbrzymie znaczenie na dalszy przebieg rozgrywki. Również na nasze możliwości zdobywania punktów oraz interakcji z innymi graczami.

Standardowo gramy 4 rundy, w których po kolei (zgodnie z torem inicjatywy) zagrywamy akcje z kart. Talia liczy 37 unikatowych kart akcji. Uwaga! To pierwsze, duże zaskoczenie w Tsukuyumi. Ktoś powie: ale jak to? Każdy będzie robił co innego? No, nie do końca…

tsukuyumi recenzja planszówka

Na starcie dostajemy 6 kart na rękę, z których wybieramy tylko jedną. Ta karta zostaje z nami do końca rundy – nie możemy jej wymienić. Pozostałe przekazujemy dalej do gracza po lewej stronie. Z początkiem kolejnej rundy te karty będą stanowić jego pulę wyboru. To oczywiście znany mechanizm draftu, występujący w wielu innych grach planszowych, choćby w Inisie. Będziemy go natomiast stosować maksymalnie 3-5 razy na grę. W zależności od tego czy wybraliśmy krótką, czy długą opcję rozgrywki.

Gdy mamy już wybraną kartę, wszyscy będziemy przechodzić przez te same cztery, „kolorowe” fazy (białą, niebieską, zieloną i czerwoną). Po kolei.

Każdy z graczy na wybranej karcie będzie miał różne kombinacje dostępnych akcji w grze, przypisanych do konkretnej fazy. Na przykład: na jednej karcie możemy mieć ruch o dwa heksy wszystkimi jednostkami oraz dwie walki do rozegrania w fazie czerwonej. Na innej, w ogóle może nie być fazy czerwonej. Ruch i walka będzie rozstrzygana w fazie niebieskiej, przed innymi graczami (!). Jeszcze inna umożliwi produkcję wielu jednostek albo zagranie dużej liczby eventów. Tych kombinacji jest naprawdę wiele. Wybór karty podyktowany będzie tym, na czym nam najbardziej zależy w nadchodzącej rundzie. Co by nie powiedzieć, decyzja ta nie jest łatwa. Generuje emocje i rozpędza przyjemnie tryby w mózgownicy.

Dobrze. Co zatem możemy „robić” w Tsukuyumi?

Jeśli wydaje Ci się, że jest tego dużo…To dobrze Ci się wydaje! Mieszanki różnych akcji potrafią przyprawić o zawrót głowy. Jest nad czym myśleć i jest o czym kminić. 

Zhańbiłbym swoje „dobre” imię, gdybym pominął w recenzji Tsukuyumi oryginalny system walki. A więc GO nie pominę. Jak działa?

Każda z frakcji dostaje swoje karty walki na rękę. Dwie z nich są dla wszystkich takie same – Anihilacja oraz Podbój. Walkę możemy zagrywać na dwa sposoby.

Pierwszy z nich umożliwia nam przejęcie kontroli nad terenem (Podbój). Porównujemy siłę swoich jednostek z jednostkami przeciwnika i/lub wartościami terenu, na którym walczymy. Jeśli okaże się, że jest równa lub większą to kładziemy swój znacznik na tym obszarze (ściągamy znacznik przeciwnika). Będziemy za niego punktować na koniec gry. Uwaga! Nie dochodzi do unicestwiania wrogich jednostek. Tę możliwość daje nam…

…anihilacja. Zagrywana by sprzątnąć wroga z planszy. Zliczamy całą naszą siłę rażenia i pakujemy w wybranego przeciwnika (lub przeciwników). Ten z kolei decyduję, w które jednostki obrażenia uderzą najpierw. Może okazać się tak, że zaabsorbuje siłę ataku tylko jedną postacią. Albo atak będzie na tyle skuteczny, że zniszczy wszystkie jednostki z obszaru.

Zarówno podczas Podboju, jak i Anihilacji atakowany gracz (lub gracze jeśli jest ich więcej) wybiera ripostę. To specjalny efekt na karcie walki, który najczęściej uderza w atakującego. Nie muszę chyba mówić, że efekty na kartach różnią się w zależności od frakcji. Strona atakująca musi sobie dobrze przemyśleć jakiej karty w danej chwili użyć, żeby zminimalizować swoje ewentualne straty.

Sprawia to, że walka staje się matematyczna, oparta na kalkulacji. Nie jest dziełem przypadku, a wynikiem specjalnych cech naszej frakcji i zagrywanych kart walki na odpowiednich polach. Nie powiem, żeby to specjalnie dynamizowało rozgrywkę, ale jest zdecydowanie lepsze, niż zdanie się na ślepy traf podczas rzutu kośćmi. Przynajmniej w moim odczuciu. 

Na tym poprzestanę. Jak widać, przedstawienie zarysu fabularnego oraz ogólnych reguł rozgrywki zajmuje stosunkowo niewiele czasu. Jazda z zasadami zaczyna się dopiero wtedy, gdy tłumaczymy umiejętności frakcyjne. Bo tych jest naprawdę sporo. Ale myślę, że to nie jest czas, ani miejsce, żeby o tym opowiadać w szczegółach.

Jak można wygrać w Tsukuyumi?

tsukuyumi karty

W trakcie rozgrywki realizujemy wspólne cele przedstawione na kartach misji – każda z frakcji dokłada po jednej karcie. Do tego ważne jest wykonanie indywidualnego celu opisanego na planszetce frakcji. Po drodze punktujemy za kontrolowanie obszaru centralnego gry (pole z księżycem). Natomiast na koniec zliczamy wszystkie zajmowane przez nas terytoria oraz dostajemy punkty za naszą pozycję na torze inicjatywy.

Skala punktacji przedstawia się następująco:

Nasze testowe rozgrywki kończyły się zazwyczaj niewielką różnicą punktów. Partie były niezwykle wyrównane i tak naprawdę dopiero w ostatniej rundzie następował poważny przełom. Konsekwentne gromadzenie przewagi opłaca się, ale wcale nie gwarantuje zwycięstwa. Oczywiście, gdy przy stole siedzą gracze o podobnym zacięciu i doświadczeniu planszówkowym, którzy mogą zgnoić Cię, choćby w ostatnich ruchach (pozdrowienia dla Jeżyka, Obera i Karolka) 🙂

Tsukuyumi - jakie są moje wrażenia z gry?

tsukuyumi instrukcja 2

Przede wszystkim potrzebowałem kilku (długich) partii, żeby skrystalizować swoje poglądy. A to oznacza, że Tsukuyumi jest wielowymiarową grą planszową. Lub mówiąc wprost – do najłatwiejszych nie należy!

Zacznę od klimatu, bo to on niewątpliwie przebija się na pierwszy plan. Jest mroczny, pesymistyczny i przede wszystkim intrygujący. W grze do czynienia mamy z dziwnymi mutacjami, wynaturzeniem, a także czymś na wzór boskiej energii bijącej od Księżyca, która wypacza znaną nam rzeczywistość. Przez planszę przewalają się anomalie i dziwne zjawiska. Krajobraz wygląda jak po przejściu wyjątkowo upierdliwego tsunami, trzęsienia ziemi i huraganu w jednym. Zwierzęta rywalizują na równi z ludźmi i maszynami, tocząc epickie boje na śmierć i życie. Jest co robić…

Grając w Tsukuyumi odniesiesz wrażenie, jakby cały świat w jednej chwili stanął na głowie. Na pierwszy rzut oka wydaje się to wszystko groteskowe i śmieszne. A jednak! Jest na swój sposób wiarygodne. Między innymi dzięki komiksowi i rozbudowanej historii w tle. Do tego dochodzą jeszcze rewelacyjnie zaprojektowane ilustracje. Mówiąc wprost: twórcom należą się brawa za skonstruowanie tak nietuzinkowego klimatu gry od podstaw, bez powielana znanych i ogranych motywów.

Ważne jest też to, że podczas rozgrywki prawdziwie wczuwasz się w wybraną frakcję. Potęgujesz to doświadczenie korzystając z jej umiejętności specjalnych. A to dlatego, że grupy dostępne w grze różnią się niemalże wszystkim! Warto wymienić: inne koszty i sposób rekrutowania jednostek, atrybuty, arsenał broni, unikatowe zdolności, efekt obronny oraz mobilność. Ta różnorodność sprawia, że każdy z graczy ma całkiem odmienne wrażenia z tej samej partii.

A skoro mowa o asymetrii, to warto nadmienić, że jest widoczna już na etapie ustawienia początkowego baz, standów i żetonów (set-up). Gdy spojrzysz na planszę, jeszcze przed wyborem kart akcji, to od razu dostrzeżesz, że Dark Seed jest rozsiany po mapie. Boarlords wykopali swoje tunele i potworzyli blokady. Nomads podłożyli pierwsze miny. A KG 03 wylądowali, gotowi do rozwałki. I już wiesz, że coś się dzieje…

Potem bierzesz do ręki pierwszy zestaw kart akcji i zaczynasz się zastanawiać. Ten wybór jest kluczowy dla przebiegu najbliższej rundy i być może będzie również rzutował na całą rozgrywkę. Już sam proces myślowy potrafi wzbudzać niemałe emocje. Nic się „nie dzieje” na planszy przez dobre 10 minut, a jednak każdy jest zaangażowany w grę – we własnej głowie rozważa różne dostępne opcje. 

tsukuyumi plansza 3

Jestem wprost zachwycony systemem wybierania i zagrywania akcji. Niby wszyscy robią to samo, po kolei – w zgodzie z kolorowymi fazami, a jednak inaczej. Zastosowany w Tsukuyumi draft odbiega od tego co znam z innych gier planszowych (np. Inis czy Blood Rage). Do wykorzystania tej mechaniki dochodzi dosłownie kilka razy na grę, przez co nie jestem nią zmęczony. Tutaj planuję z góry całą najbliższą rundę. A karty akcji są na tyle różnorodne, że z ciekawością zerkam również na to, co wybrali moi przeciwnicy. Dzięki temu każda runda jest nieprzewidywalna i rodzi dylematy.

Nie da się „mieć” Tsukuyumi w pełni pod kontrolą! Tyle rzeczy może wydarzyć się na planszy zanim nastąpi Twój ruch, że prawdopodobnie będziesz zmuszony dostosować swoje zagrania do nowej sytuacji. Ja postrzegam to jako atut. Ty też możesz pod warunkiem, że potrafisz się z tym pogodzić. Oddać część kontroli na rzecz głębszych wrażeń z partii. Myślę, że w ogólnym rozrachunku to uczciwy „deal”. Pamiętaj jednak, że działa jak obosieczny miecz. Gdy trafisz na osobę, która koniecznie musi przeanalizować każdą możliwą opcję i scenariusz zanim wykona ruch, to spokojnie przygotujesz i zjesz obiad w oczekiwaniu na swoją kolej.

Oczywiście w recenzji Tsukuyumi nie mogło zabraknąć typowego dla mnie narzekactwa. Znajdą się tutaj elementy, które budzą we mnie mieszane uczucia, jak choćby mechanizm walki. Spytacie: dlaczego? Przecież jest nielosowy, oryginalny i charakterystyczny dla danej frakcji. Wypisz, wymaluj – mój ideał.

Nie do końca.

Zacznijmy od tego, że na każdej karcie walki mamy listę możliwych odpowiedzi dla naszego przeciwnika (ripost). Chcąc zagrać jedną z nich najczęściej analizujemy je wszystkie – w głowie! Rozgrywasz zatem kilka wariantów walki i odrzucasz najmniej korzystne dla Ciebie rozwiązania. Niby dobrze, bo wygrywa ten kto jest lepszym strategiem i skuteczniej przewiduje zagrania swoich współgraczy. Prawda?

No tak, ale prowadzi to również do paraliży decyzyjnych, a niekiedy znacząco wydłuża proces wyboru. Mało tego, wyklucza niektóre możliwości już na starcie, ponieważ są z góry skazane na porażkę. Nie da się zatem podjąć ryzyka i rzucić w wir wydarzeń licząc na łut szczęścia. Bo nie ma tu losowości i kostek! To znaczy da się, ale trzeba pamiętać, że w Tsukuyumi żadna akcja nie obejdzie się bez konsekwencji. A pomyśl co dzieje się, gdy rozważasz atak na kilku heksach, z wieloma przeciwnikami i paletą dostępnych kart walki na ręce. Dosłownie mózg paruje.

Niemniej jest to przyjemne doświadczenie (przynajmniej dla mnie). Sprowadza się do tego, że intuicyjnie szukam najbardziej optymalnych rozwiązań. Pozycjonuję się na konkretnych polach, żeby maksymalnie wykorzystać potencjał swojej frakcji. Uderzam w najlepszym momencie. A przynajmniej staram się to wszystko robić, bo właśnie na tym polega cała zabawa. Tsukuyumi nie jest głupią nawalanką na planszy, bez ładu i składu. Oj nie! Ta gra ma olbrzymią głębię strategiczno-taktyczną. Ale, jak to w życiu bywa, nie ma nic za darmo…

Największe zarzuty mam do czasu rozgrywki i downtime’u. Nawet jak na nasze możliwości partia trwa zdecydowanie zbyt długo! Składowych gry, które wydłużają rozgrywkę jest ogrom. Wspomniany wyżej wybór kart akcji, decyzja gdzie zaatakować, kogo i kiedy, jakiej karty walki do tego użyć, komu zadać obrażenia itp. (?!). Na każdym kroku rodzą się dylematy, a za nimi w parze idzie kalkulacja i matematyka. Problemu z tempem gry nie będzie miała ekipa, która dosyć żwawo wykonuje ruchy i nie zachowuje się tak jakby grała o przysłowiowe „złote kalesony”. U nas to niestety nie przejdzie. Dlatego też pojedyncza rozgrywka trwała pół dnia (nawet w 3-osobowym składzie).

Mimo tego ogromnego downtimu oraz paraliży decyzyjnych ta planszówka ma w sobie czar, który sprawia, że chcę do niej wracać. Po rozegraniu 6 godzinnej partii w sobotę (z przerwą na obiad), mogłem do niej śmiało siadać w niedzielę z rana.  Tak, wiem. Brzmi to trochę jak masochizm, ale wierzcie mi, że moc Tsukuyumi przyciąga i robi to skutecznie.

Moja ocena Tsukuyumi

tsukuyumi instrukcja

Pierwszorzędne. Zresztą co tu dużo mówić – wystarczy spojrzeć na ogrom elementów, które dosłownie wylewają się z kartonu. Do zawartości pudełka nikt nie powinien mieć obiekcji. Wisienkę na torcie stanowi oprawa graficzna – czyli klimatyczne, dystopijne krajobrazy przesiąknięte epickością.

Ponadto, miłą odmianą od wszędobylskich figurek okazały się dla mnie standy zastosowane w Tsukuyumi. Z początku sceptycznie podszedłem do tego rozwiązania. Bo jak to tak? Kartoniki mocowane do plastiku? Przy tak ogromnym tytule? Jak się później okazało moje obiekcje były zupełnie bezpodstawne. Standy spisują się rewelacyjnie, ponieważ są praktyczne! Możemy odczytać wartości wybranej jednostki bez zaglądania innym graczom przez ramię lub sięgania do specjalnych pomocników. Patrzymy na plansze i widzimy jakimi siłami dysponuje przeciwnik w danym obszarze. Tyle. Problem pojawia się w momencie, gdy zaczyna przybywać jednostek na planszy wraz z żetonami specjalnych umiejętności frakcji. Mapa staje się wtedy niechlujna i mało czytelna. Trzeba do tego przywyknąć. 

TAK – w przypadku zasad ogólnych. NIE – jeśli chodzi o cechy szczególne frakcji, ich umiejętności i wyjątki od reguł. Powiedzmy to na głos: Tsukuyumi jest trudną do opanowania grą dla początkujących!

Głównie przez wgląd na doskonale uwypukloną asymetrię, która wymaga (niestety) specjalnych zasad. Tłumaczenie ich wydłuża czas potrzebny do poznania gry. Dlatego też, za żadne skarby nie usiadłbym do stołu z nowicjuszami. To byłaby masakra. Inna sprawa, gdy masz na podorędziu ekipę doświadczonych, planszówkowych wyjadaczy. Wtedy możecie walić jak w dym. Śmiało!

Petarda!

Tsukuyumi cechuje szalenie duża regrywalność, bijąca od wielu składowych gry – wymienię trzy, według mnie najważniejsze.

Po pierwsze. Modularna, heksagonalna plansza. Samo jej ustawienie zapowiada zupełnie inną rozgrywkę. Do tego dostajemy zestaw gotowych scenariuszy z warunkami specjalnymi.

Po drugie. Frakcje wraz z umiejętnościami specjalnymi. Nie tylko możemy stosować różną strategię w obrębie wybranej grupy. Musimy ją również dostosować do frakcji obecnych w grze i rozmiaru planszy. W zasadzie sama decyzja o ulokowaniu bazy na mapie zmienia przebieg całej rozgrywki.

Po trzecie. Eventy i losowe wydarzenia generowane na planszy. Potrafią skutecznie namieszać, utrudnić życie innym graczom i pozmieniać krajobraz na mapie w trakcie rozgrywki. I to w jednym ruchu!

Oj…oj!

Ten parametr nie wypadł podczas naszych testów najlepiej. Pojedyncza partia dla 3 graczy potrafiła zająć nam 5 godzin. Pół soboty spędziliśmy na rozgrywce 4-osobowej! To wszystko zasługa wielu głęboko przemyślanych mechanizmów i braku losowości.

Czy da się wykręcić lepsze czasy?

Myślę, że tak. Z pewnością będzie to kwestia ogrania gry, spotykania się przy stole z tą samą ekipą, która zna zasady i łapie zależności. Bez tłumaczenia, wprowadzania w klimat i przeszukiwania prototypowej instrukcji – jak to miało miejsce w naszym przypadku. Ważny jest też fakt, że te kilka godzin spędzone przy Tsukuyumi się nie dłuży. Dla porównania. W Nemesis przy siódmej godzinie grania, każdy trzymał kciuki, żeby mnie wreszcie Obcy ukatrupił (byłem jedynym graczem na placu boju). W Tsukuyumi kończyliśmy wszyscy ostatnią rundę gry w napięciu. I to za każdym razem!

Niemniej musisz przygotować się na to, że w jeden, krótki wieczór Tsukuyumi nie skończysz.

Grając w Tsukuyumi czuję się tak, jakbym został wrzucony do dystopijnej piaskownicy, z mnóstwem śmiercionośnych gadżetów. Czadersko! Uwielbiam zabawę w takich miejscach ;D

Ta gra dostarcza mi wielu emocji podczas kilkugodzinnej rozgrywki, w trakcie której z uwagą obserwuję poczynania przeciwników. Analizuję sytuację na planszy i myślę nad najbardziej optymalnym rozwiązaniem. Szukam słabych punktów, które mógłbym wykorzystać. I mimo, że czekam stosunkowo długo na swój ruch, to cały czas jestem zaangażowany w partię na poziomie planowania i przewidywania. Nie czuję upływających godzin. Bo jak tu się nudzić skoro satysfakcja z zagrywanych akcji bywa nieziemska! Niektóre z nich są MEGA epickie. Jak choćby ta, gdy kosisz wszystkie jednostki wroga przy pomocy bomby atomowej (KG03). Albo gdy przebijasz się przez zasieki przeciwnika tworząc dla ONI wyrwę do dalszych ataków. Lub, gdy w jednej chwili zalewasz mapę rojem owadów, wykluwających się z podłożonych wcześniej jaj (Dark Seed). Rewelacja!

Mało tego. Silnik Tsukuyumi nie uwzględnia losowości w kluczowych dla gry mechanizmach, takich jak walka. To Ty ponosisz odpowiedzialność za swoje decyzje i nikt nie może zarzucić Ci, że wygrałeś tylko dzięki szczęśliwym rzutom. Stoczysz niesamowicie zaciętą partię, gdy siądziesz do stołu z ekipą zaawansowanych i pomysłowych graczy  Oczywiście musisz, tak jak Ja, lubić tego typu rywalizację.

Wszystkie wspomniane wyżej cechy Tsukuyumi sprawiają że nie chce mi się odchodzić od stołu.

Nie wiem. Pierwszy raz nie ustosunkuję się do tego parametru, ponieważ nie mam pojęcia na ile zostanie wyceniona gra podczas kampanii. Wiem tylko tyle, że będzie to wersja ze standami, a nie z figurkami. I bardzo dobrze! Bo nie wyobrażam sobie Tsukuyumi inaczej. Powinna zatem być tańsza, niż jej figurkowy odpowiednik. O ile? Czas pokaże, ale ja już szykuję kasę 🙂

Co mi się najbardziej podoba w grze Tsukuyumi?

Co mi się najmniej podoba w grze Tsukuyumi?

Podsumowanie i ocena Tsukuyumi

tsukuyumi pudełko
0 /10
Ocena końcowa

Twórcy Tsukuyumi nie poszli na łatwiznę. Stworzyli epickie „monstrum”, które pod wieloma względami ociera się o doskonałość. Posiada nietuzinkową opowieść traktującą o upadku cywilizacji ludzkiej. Fenomenalną szatę graficzną, która dodaje głębi estetycznej. Świetną asymetrię i regrywalność zapewniającą rozrywkę na wiele partii. Losowość ograniczoną do minimum. Maksimum strategii oraz odpowiedzialność za własne akcje. A także oryginalne mechaniki niespotykane nigdzie indziej. Murowana dycha, co?

Niestety nie. Wszystkie wymienione wyżej zalety odbiły się niekorzystnie na innych elementach. Mam na myśli długi czas rozgrywki, spory downtime, występujące paraliże decyzyjne oraz wysoki prób wejścia. Za to wszystko obniżam nieco swoją ocenę. Mimo to Tsukuyumi i tak zajmuje zaszczytne miejsce na mojej liście gier planszowych z mocną „ósemką”. Chcę do tego tytułu wracać. Chcę go mieć na swojej półce. Chcę zasiąść do kolejnej, spektakularnej batalii o Księżyc.

Komu spodoba się Tsukuyumi?

Niech zapomną o tym tytule planszówkowi mugole. To nie jest prosta i przyjemna gierka dla każdego. Średniozaawansowani dadzą sobie radę, ale może im trochę zająć ogarnięcie zasad.

Tsukuyumi będzie odpowiednie dla osób lubujących się w głęboko przemyślanych area control, gdzie iskrzy od negatywnej interakcji. Odnajdą się w tej konwencji miłośnicy mocno strategicznych planszówek, które oferują  ogrom  możliwości, odpowiedzialności oraz wysiłku intelektualnego. Jeśli lubisz zaawansowane gry planszowe, nie boisz się otwartej konfrontacji i kręci Cię postapokaliptyczny klimat w nowym wydaniu to Tsukuyumi jest grą dla Ciebie.

Stanowcze NIE dla tych, którzy muszą mieć ścisłą kontrolę nad przebiegiem rozgrywki i analizować każdy możliwy wariant. To nie zadziała. Zawiodą się również Ci, którzy naiwnie myślą, że mogą „pyknąć” w Tsukuyumi przy okazji – w 2 godzinki, tak na dobry sen. Na partię trzeba przeznaczyć kilka długich godzin, a najlepiej zarezerwować sobie cały wieczór. Warto, ponieważ będzie to czas obfitujący w nieoczekiwane zwroty akcji, dynamiczne starcia, intensywne emocje oraz mózgożerne rozkminy. Polecam!

Mam nadzieję, że ta recenzja gry planszowej Tsukuyumi okazała się dla Ciebie pomocna. Jeśli masz jakieś pytania to śmiało zadaj je w sekcji z komentarzami poniżej. Polub nasz fanpage, aby być na bieżąco z nowościami. Obserwuj nasz profil na insta, jeśli masz apetyt na ciekawe, planszówkowe fotki. Wspólnymi siłami będziemy skuteczniej rozpowszechniać naszą pasję do gier planszowych.

Dziękujemy za wsparcie 🙂

Zobacz profil gry na portalu BoardGameGeek.
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on email
Share on pinterest
Podobał Ci się wpis? Wystaw ocenę!
[Głosów: 4   Average: 5/5]
Facebook
Instagram
Reklama

Dodaj komentarz